| Brda
17-19.02.2006 r.
Tegoroczna zimowa Brda została poprzedzona dyskusją na stronie, kto jedzie
a kto nie. Do dyskusji włączył się Gruby, od którego dowiedziałem się,
że jedziemy na śp. Malinowskiego.
Do internatu w Tucholi dotarliśmy w czwartek o 22.50, a tam dziwnie cicho.
Normalnie, o tej porze wrzało, powitania, budowanie koalicji spływowych,
oswajanie Komisji Sędziowskiej, czy typowanie "męczenników"
biorących na siebie zadanie przyjacielskiego osłabienia lub wyeliminowania
liderów z konkurencyjnych zespołów. Z lat, kiedy pływałem ze swoim macierzystym
Klubem (ciągle jestem jego członkiem), to naszemu liderowi zazwyczaj zajmowało
to czas do jakiejś czwartej nad ranem.
Teraz, jedynie na trzecim piętrze dało się zauważyć Wiry, Zwałkę i Sławka
z Bydgostii, który rok temu wyprzedził mnie na wyścigu o 0,1 sekundy.
Był jeszcze mój internetowy kumpel - Andrzej ze Świdwina, ale pogubiłem
się, co do jego przynależności klubowej. Z jednej strony siedział obok
słynnego Zwałkowego gąsiorka, a drugiej strony, jak okazało się na rzece,
reprezentował szczecińskie Wiry. Zresztą tradycyjne gry przedstartowe
musiały być zaawansowane, bo Wiesław, który zwykł skutecznie rozgrywać
koalicjami startowymi - już zasnął. Towarzysko reprezentował go Olek,
który po rozlicznych solowych występach i eksperymentach partnerskich,
nawrócił się na Polkolor. Najwyraźniej filozofia Prezesa Klubu jest mu
najbliższa.
Wracając do koalicji to, poza klubami bydgoskimi, widoczna była "moherowa"
koalicja szczecińsko-pilska, występująca tym razem pod barwami Klubu Wiry.
Nie bardzo tutaj zgadzam się z przewodnictwem, bo najładniejszy beret
miał Krzysiulek, ale w końcu to wewnętrzna sprawa koalicjantów.
Start do piątkowego etapu z Mylofu był nadzwyczaj sprawny. Dyrekcja Zespołu
Elektrociepłowni przyjechała na czas a przy rurach nie było żadnych wywrotek.
Jedynym utrudnieniem były pozostałości pokrywy lodowej, sterczące z brzegu
na wysokości metra nad lustrem wody i utrudniające wyjście na brzeg. Rekompensowała
to przyroda. Ośnieżone drzewa zawsze stanowią ładne tło na fotografiach.
I jeszcze te rodziny łabędzie.
Płynie z nami Marek (ten od pływania pod prąd), który szykuje relacje
do jutrzejszego wydania Gazety Pomorskiej.
Na postoju, większość wysiada, Ci ze szczelniejszymi pęcherzami siedzą
w kajakach. Herbatka, bardzo dobra herbatka i obiecuję Wiesiowi z Łodzi,
że jego zdjęcie na pewno znajdzie się na stronie KiM. Jak okazało się
w domu, Wiesio chciał zdjęcia ale nie mógł oderwać oczu od Ewy. Jego szczęście,
zrobiłem mu później zdjęcie z twarzą do przodu. Jeszcze tylko nasz Klubowy
debiutant przetestował, podczas zjazdu z brzegu, zalety odzieży z aquashellu
i w drogę. Dalsza część trasy oraz powrót bezbarwne. Żadnych kabin, nie
było, o czym rozmawiać.
Wieczorem aquapark w Tucholi, wprawki z oddychania pod wodą i zabawa w
dziecięcym rejonie obiektu. Analizując wieczorem wiedzę z podstawowego
kursu IRR-a, dochodzimy do wniosku, że dla kajakarza najważniejszymi organami
wewnętrznymi są nerki i wątroba, zaś dla palaczy również płuca.
Na starcie sobotniego etapu sensację budzi relacja Marka z moherowym
Krzysiulkiem na pierwszej stronie. Dzień nieco cieplejszy, krople wody
nie zamarzają już na obiektywie obudowy aparatu fotograficznego.
Na trasie więcej drzew iglastych, rzeka też bardziej malownicza. Z powodów
oblodzenia brzegu, płyniemy non-stop do Płaskosza. Gdzieś tam na brzegi
szaleje z aparatem fotograficznym Pani Redaktor. Zostaję sam i fotografuję
przyrodę.
Na postoju w Płaskoszu, tradycyjna kiełbasa pieczona, większość daje się
nabrać na ten ciężkostrawny przedwyścigowy poczęstunek.
Wyścig i w końcu zaczyna się coś dziać. Wypadliśmy nienajgorzej. Zajęliśmy
miejsca 6 do 8 na 20 startujących, a Marcin zajmując 2 miejsce rozdzielił
zawodowców. Debiutant był 12.
Po wyścigu od razu atmosfera gorąca, wymiana gorących wrażeń "Pod
Jeleniem".
Wieczorem bankiet i wyniki. Warto podkreślić, że w dwójkach na pudło powrócili
Wiesław z Olkiem, a w mikstach bez zmian - Stasia z jakimś pasażerem,
która zresztą od jutrzejszej środy płynie na spływie śp. Korka. Lista
tych do uhonorowania mitycznymi gofrownicami, jest znana.
Podczas bankietu przyjacielskie nawiązywanie relacji.
Brda wita nas w niedzielę słoneczkiem prześwitującym przez mgłę zawieszoną
tuż nad rzeką. Przepływamy bezkrwawo, choć niektórzy z emocjami i kończymy
na moście w miejscowości Świt - ponoć niżej rzeka zamarznięta. Ciekawe,
czy ktoś sprawdził.
Końcowy odcinek ze Smukały, to już plaża. Trochę trenujemy na bystrzach,
z asystą w policyjnej motorówce.
W przystani Elektronu wita nas kamera lokalnej telewizji, więc ustawiamy
się gęsiego i pozujemy do filmu. Inni poszli jeszcze dalej. Andrzej ze
Sławkiem skoczyli do wody popływać. Z tej strony jeszcze ich nie znałem.
Wewnątrz, ekstra poczęstunek. Karkówka o wyglądzie polędwicy i grzane
wino spowodowały, że Jacek z Wirów wyjął trąbkę i zaczął grać różne dziwne
melodie, jakieś hymny bratnich krajów, itd.
Czekamy na rozdział gofrownic, a tu okazują się wiosła i wodoszczelne
pojemniki. Dziwne.
Z wypowiedzi oficjeli dowiedzieliśmy się, że to jednak szczególny spływ,
bo czterdziesty, więc wszystkie te zmiany nagród są prawdopodobnie tym
spowodowane. Za rok zapewne wrócą gofrownice.
Żeby było mało, niektórzy uczestnicy zostają wyróżnieni honorowymi odznakami
związkowej Federacji Sportowej "Energetyk". Czekałem na miny
odznaczonych "moherów", ale żaden się nie załapał. Szkoda.
Tak już na koniec nie mogę się oprzeć pewnej refleksji, wynikającej z
lektury wczorajszego postu o minionym spływie, napisanego przez Andrzeja.
Skoro Zimowa Brda jest miejscem spotkań i wzajemnego poznania kajakarzy,
może warto przyjąć ten spływ jako miejsce zimowego zlotu grupy.
Krzysiulku, czy mógłbyś omówić ten temat, z kim trzeba?
Z góry dziękuję,
Letman
|
|