Bug, Zalew i Kanał
25.06.2006r.

Charakter spływu w ostatnią niedzielę był z góry narzucony.
W ramach przygotowań do wyprawy morskiej, Wojtek zbudował kajak morski i musiał go wypróbować, najpierw na rzece, a później na otwartym akwenie.
Stąd wybór trasy: Bug i Zalew Zegrzyński, no i Kanał Zegrzyński, do mostu położonego 2 km od Wojtka domu.
Popłynęliśmy we dwóch, inni przedkładali morski trening w Karwi, Rawkę lub krążenie po Wiśle.
W Wyszkowie byliśmy przed godz. 9, gdzie w dobry humor wprowadził nas bilboard reklamujący Szkołę Ochrony VIP-ów. Czyżbym był świadkiem upłynniania jakichś resztówek po słynnej wojnie bilboardowej, pomyślałem. Na moje nieszczęście zapomniałem poszukać nazwy firmy reklamowej – byłby to jakiś trop.

Startowaliśmy naprzeciw pustego kąpieliska.
Tylko krowy pasące się nieopodal, chłodziły się zanurzone w wodzie. Nieco dalej czyniły to konie.
W innym miejscu, dla odmiany pasły się w towarzystwie bociana. W sumie najwięcej było dużego ptactwa, zwłaszcza czapli. Tylko ludzi brakowało. No, brakowało w rzece. Na brzegu, od czasu do czasu widać było wędkarza, a z czasem pojawiły się nawet namioty i samochody.
Tylko w nurcie rzeki pusto, żadnych kajakarzy, mimo, że właśnie skończył się rok szkolny.
Dopiero gdzieś na wysokości Barcic pojawiła się samotna kanadyjka. Obserwowaliśmy ją, spożywając w cieniu drzewa śniadanie, w otoczeniu towarzyskiego stada krów i kontemplując widok ciekawego szczytu neogotyckiego kościoła w Popowie Kościelnym.

Wojtek wyraźnie był zadowolony z efektów własnej pracy. Aby go sprowadzić na ziemię, przekazałem mu sugestie szwedzkiego Lecha, aby przeprowadził kontrolę szczelności kajaka.
Nie będę też krył, że sam postanowiłem przeprowadzić test, polegający na przepłynięciu całej trasy przy pomocy wiosła typu grenlandzkiego. Na początku coś nie szło, ale po dokładnym obejrzeniu okazało się, że pióra były skręcone odwrotnie niż w typowych wiosła. Niemniej wiosłowanie tym typem wiosła opanowałem szybko.
Nie odstawałem też za Wojtkiem, mając tę świadomość, że według znawców, wiosło to mniej niszczy nadgarstki.
A pamiętam z życia zawodowego, że motywacja jest najważniejsza.

W Popowie zobaczyliśmy pierwszy ośrodek pełen sprzętu wodnego, zacumowanego przy pomoście, bądź równo ułożonego na brzegu.
Pierwsze oznaki życia na wodzie, w Kuligowie, i to ostre. Szalejące skutery wodne. Sądziłem, że robi to solidne fale, a tymczasem gasły one w odległości dwóch metrów od trasy przejazdu.
Pojawiło się też trochę żaglówek przycumowanych do każdego ze skrawków przystępnego brzegu. Najwyraźniej, w taki sposób użytkuje się teraz jachty.
Na wyspach w przesmyku do rozlewisk ujścia oznaki nadzalewowego życia: zacumowane łódki, namioty oraz wędkarze.
U ujścia Rządzy coś nowego, okazała rezydencja.
Na zalewie ruch, żaglówki, mniej lub bardzie okazałe łodzie motorowe, deski, kajaki oraz oczywiście skutery.
Na razie w ilości umożliwiającej bezkolizyjny ruch. Ale za kilka lat? Kto wie?

U wejścia do Kanału Zegrzyńskiego zatrzymaliśmy się na przystani Wodnika, aby zgodnie z zaleceniami lekarzy, spożyć lodu umożliwiające schłodzenie temperatury ciała.

Kanał, z początku niegościnny, z wędkami sięgającymi połowy swej szerokości, z czasem zauroczył mnie spokojem i różnokolorowymi odbiciami drzew oraz kwitnących krzewów, dyskretnie podświetlonych słońcem, chowającym się za szpalerem drzew.
Szkoda, że zdjęcia z kanału będę mógł publicznie pokazać za kilka miesięcy.

Letman