| Z Gandhim po świętokrzyskich rzekach.
O Lubrzance myślałem już od lat szkolnych, a w czasach studenckiej aktywności turystycznej na Kielecczyźnie, jakoś nie doceniłem atrakcyjności tego szlaku wodnego.
Kiedyś, w trakcie wakacyjnego spływu na Litwie, zdarzyło mi się dzielić kajak z Gandhim jedynym kajakarzem kieleckim (no może poza Dziekanem i Piskorzem, ale ci wyemigrowali z Kielc).
Później przypominał mi o nim Gruby, rekomendując go jako głównego eksperta od rzek tego regionu.
W ubiegłym roku podczas kajakowej eksploracji Wzgórz Suchedniowskich ( wypatrzyliśmy rzekę Żarnówkę, prawobrzeżny dopływ Kamiennej, która poniżej mostu w Parszowie wyglądała jak miniatura górskiej rzeki. Duży spadek, naturalne przeszkody w korycie, spowodowały, że wpisaliśmy ją z Naczelnym Magazynu Wiosło do naszych planów eksploracyjnych.
Uzgodniliśmy termin na ubiegły weekend, no i nie można było zapomnieć o Gandhim. Toż to okazja do porozmawiania o następnych planach kajakowych.
Bazę grupy warszawskiej założyliśmy w gospodarstwie agroturystycznym Łysica pod Bodzentynem.
W sobotę umówiliśmy się w miejscowości Mostki nad Żarnówką. Na starcie obok Adama i Gandhiego, stawiło się nas trzech z KiM (Wojtek, Kamyk i ja) oraz Janek z TPLŁE. Nawalił jedynie Prezes SKPŚ.
Co do proporcji klubowych, to można by się sprzeczać, co do reprezentacji TPLŁE i Koła Seniorów Habazi, ale niech już tak zostanie.
Wodowaliśmy poniżej upustu lokalnego zbiornika wodnego. Żarnówka szeroka na 4 metry, wody akurat tyle, żeby zaryzykować pływanie. Początkowy odcinek meandrujący, urozmaicony prożkami i przemiałami. Cały czas wyraźny spadek.
Muszę tutaj zdradzić, że Adam postanowił zachęcić Gandhiego do pływaniu wynalazkiem typu sit-on-top.
Gandhi, wierny składakom sprawował się dzielnie pokonując nieliczne przeszkody w korycie i ześlizgiwał się po kolejnych prożkach. Aż do mostu w Parszowie. Tutaj pierwsza poważna przeszkoda. Pod mostem sekwencja zawalonych prożków ze spływającą umiarkowaną ilością wody. Kajaki górskie jakoś przeszły, ale ten sit-on-top! Biedny Gandhi musiał to bydlę jakoś przeciągnąć, a z ostatniego prawie metrowego progu po prostu spuścił pusty kajak, bo inaczej zeskok zakończyłby się nurkowaniem.
Spadek poniżej mostu w Parszowie zdecydowanie większy, kamieniste odcinki bystrza, progi. Na wodzie śniegowej musiało być tutaj ciekawie. My jednak wybraliśmy wtedy Mołtawę. Warto będzie zajrzeć tutaj przy wysokiej wodzie.
Od przysiółka Skały to już mordęga, woda płytsza, na kilkukilometrowym odcinku pełno przemiałów i zawalisk. Najbardziej cierpiał Janek, który swojego nowego polietylena chrzcił na kamienistych przemiałach. Serce go bolało, co 20 metrów, a szorowanie czuł niemal na własnej skórze.
Zmiana nastąpiła, koło Michałowa, gdzie spadek był minimalny a rzeka wróciła do regularnych meandrów okraszonych różnorodnymi zwałkami, to kłoda w poprzek, to mostek, krzaki, lub korona drzewa w korycie. Na tym odcinku nabraliśmy z Wojtkiem równego rytmu, płynnie pokonując przeszkody i zatrzymaliśmy się dopiero na ostatnim moście przed ujściem Żarnówki. Najbardziej podobała mi się kłoda, pod którą należało przepchnąć równolegle kajak i wisząc na rękach przecisnąć korpus ciała na drugą stronę. Warte uwagi były też wysokie kłody z ograniczonymi możliwościami chwytu. Potrzebne to było, po tych miesiącach lenistwa zwałkowego, pływania długodystansowego i huśtania na falach.
Ostatni odcinek przed ujściem do Kamiennej wydawał się być dość przyjemny, ale końcowe kilkaset metrów to łozowe chaszcze sięgające niemal do powierzchni wody.
Kamienna to już czysta przyjemność, szeroka, szybka rzeka. Dwa bystrza po drodze do przystanku PKP Marcinków i dziękujemy urodziwej dróżniczce za opiekę nad samochodami.
Pamiętajcie prosząc o opiekę nad pojazdami, spytać o wrażenia ze ubiegłorocznego spływu Rospudą. Poza tym, można się powoływać na znajomość z grupą Kazik i My. Pomoże.
Na Lubrzankę wybraliśmy się już w składzie warszawskim, gospodarze już ją zaliczyli. Gandhi ocenił stan wody na taki sam, gdy spływał swoim składakiem, więc polietyleny powinny spłynąć bez przeszkód.
Stosownie do zwyczajów przewodnickich, chciałem wystartować koło Żeromszczyzny w Ciekotach. Niestety koledzy mieli po sobocie dosyć maleńkich rzeczek i zażądali startu już poniżej dwu dopływów. Zostawiając samochód dowiedzieliśmy się, że dwa dni temu stan wody był o kilkadziesiąt centymetrów wyższy. Szkoda. Mimo wszystko Lubrzanka od początku zrobiła na nas wrażenie. Przynajmniej dwa razy szersza, wijąca się pomiędzy wysokimi wzgórzami Pasma Masłowskiego i Radostową. Duży spadek, szybki nurt z niewielkimi bystrzami uatrakcyjniały ten odcinek Lubrzanki.
Z czasem rzeka rozlała się nieco, by po pewnym czasie powrócić do wąskiego koryta, w którym napotkaliśmy regularne zwałki. Przyznam, że tutaj zwałkowi nowicjusze nie mieli już taryfy ulgowej. Żadnego wysiadania z kajaka, wspinaczka na górę zwałki i zeskok. To samo na kłodach, czy pod "głupimi mostkami" zbudowanymi z betonowych słupów.
Coś mi jednak przestało pasować do opisu przekazanego poprzedniego dnia przez Gandhiego.
Że Lubrzanka to najatrakcyjniejsza rzeka Gór Świętokrzyskich, zgoda. Ale ta jedyna, sygnalizowana przez eksperta, zwałka miała być dopiero poniżej Cedzyny. Ale niech mu będzie. Może ta ostatnia wysoka woda urozmaiciła nieco koryto. Ślady wysokiej wody sięgały 1,5 metra powyżej aktualnego stanu lustra rzeki. Do zbiornika w Cedzynie dopływaliśmy i dopływaliśmy. Niby już była cofka, ale zbiornika nie było widać. Na akwenie nieco nas zmoczyło, bo płynęliśmy w samych koszulach, a solidny wiatr wiał prosto w twarz. Poniżej upustu zbiornika krótki uregulowany odcinek a dalej niesmak.
Krzewy nadrzeczne ustrojone śmieciami, czułem się jak podczas spływu Świdrem na przedwiośniu.
Płynęliśmy bystrymi meandrami, które latem pewnie by wywoływały nasz zachwyt, ale teraz chcieliśmy przepłynąć je jak najszybciej, nawet rurę z bystrzem pod wypływem z niej.
Rozpędziliśmy się tak, że wpływając na zbiornik utworzony na terenie wyrobiska Barania Góra, szukaliśmy ujścia rzeki po drugiej stronie, podczas gdy Lubrzanka przepływała spokojnie obok byłego kamieniołomu. Najwyraźniej ta przygoda nieco nas ocuciła, bo zaczęliśmy zwracać uwagę na otoczenie. Zanikły sterczące gałęzie, rzeka uspokoiła swój bieg i ponownie się rozlała, choć nawet tutaj przypominała o swym naturalnym charakterze. Szerokie na kilkanaście metrów koryto przegrodzone było całkowicie kłodami wymagającymi ekwilibrystyki przy przechodzeniu na drugą stronę. Szybko koryto uległo zwężeniu na skraju zalesionego wzgórza i było jakby zawieszone ponad łąką znajdującą się po drugiej stronie rzeki. Wydawało się dziwne, że woda nie spłynęła na tę łąkę przez niewysoką groblę. Zagadka rozwiązała się szybko, kiedy dopłynęliśmy do jazu, który spiętrzał wodę częściowo spływającą prosto w dół, a częściowo odpływającą kanałem do dawnego młyna.
To urocze miejsce zlokalizowane pod Górą Mójecką było początkiem najatrakcyjniejszego odcinka Lubrzanki. Koryto w niezbyt głębokim parowie, mocno meandrujące, przy dużym spadku i pewnej ilości przeszkód aż do Sukowa, mety naszego spływu. Co tutaj więcej dodawać, przyjedźcie i zobaczcie sami.
Letman
|
|