| Osieniec,
Kamionka, Kamienna
20.05.2006 r.
Pływanie w okolicy Kielc
Przyznaję się, że do ostatniego weekendu pływałem po peryferiach Kielecczyzny
(dla przewodnika świętokrzyskiego starego chowu - byłego województwa kieleckiego).
Pływałem Pilicą, Wisłą, Radomką z Szabasówką, Drzewiczką i Nidą od Akwizgranu.
Za namową aktualnego Prezesa SKPŚ,. wybrałem się na poznawanie nowych
tras kajakowych regionu.
Naczelny Wiosła polecił nam na niedzielę Krasną, dopływ Czarnej Koneckiej,
tylko 3 godziny płynięcia z Krasnej do ujścia - powiedział.
Z kolei ja namówiłem obu pływających kieleckich kajakarzy (Adama i Grzechotnika)
na sobotnie pływanie Kamionką i Kamienną.
Na sobotę zaplanowałem odcinek z Suchedniowa do Wąchocka, ale koledzy
zaproponowali korektę. Zasugerowali spłynięcie od jakiejś rzeczki przecinającej
E7 przed Ostojowem, którą wypatrzyli jadąc na spotkanie. Zakończenie zaproponowali
w Marcinkowie przed Wąchockiem, tak, aby skończyć około 15-tej, gdyż Grzechotnik
się śpieszył, a Adam zaprosił gości. Pomyślałem sobie, że trzeba będzie
się nieźle sprężać, bo to już godzina 10-ta, a trzeba rozstawić samochody,
no i trasa dziewicza, długa na około 25 km.
Sprzęt mieliśmy różnorodny: ja standardowe Diablo, Grzechotnik Calabrię,
zaś Adam biało-pomarańczowy kajak typu sit-on-top.
Sprawdziliśmy trasę na mapie i ruszyliśmy w drogę. Od razu zauważyliśmy,
że jesteśmy w górach, bo 50m za startem był metrowy prożek, a rzeka miała
wyraźny spadek. Pojawiły się krzaki i zwalone drzewa, no i oczywiście
pierwsze poważne zwałkowe kłopoty. Sit-on-top wymagał przeciągania brzegiem.
Następny, łąkowy odcinek Osieńca tuż przed ujściem do Kamionki, miał najwyżej
1,5 m szerokości.
Po wpłynięciu na Kamionkę z satysfakcją stwierdziliśmy, że rzeka jest
szersza, spławna i utrzymuje wyraźny spadek. Płynęła w szpalerze drzew
o niezwykle żywym, wiosennym kolorze liści. Spośród drzew dobiegał świergot
ptaków, a Grzechotnik zatrzymał nas, aby pokazać nam dzięcioły. Od czasu
do czasu koryto urozmaicały niewielkie szumy, oraz kilka solidnych zwałek.
Pierwsze moczenie górnej odzieży podczas przeciskania się pod drzewami..
Później jeszcze dwa spore progi i tak dopłynęliśmy do zbiornika retencyjnego
w Suchedniowie. Podziwialiśmy tam przystań kajakową i bloki mieszkalne
zlokalizowane na wzniesieniu, tuż nad zbiornikiem.
I tutaj zakończyła się sielanka.
Odcinek do zbiornika retencyjnego w Rejowie wymagał już częstej gimnastyki,
czy to podczas przechodzenia ponad lub pod pniami drzew. Grzechotnik próbując
wykonać w Calabrii, podpatrzoną chwilę wcześniej, technikę płynnego przepływania
pod kłodą przy wychyleniu w bok, zaliczył piękną kabinę.
Trochę dalej, spodobało się nam kilkudziesięciometrowe, kamieniste bystrze.
I po co jeździć w Roztocze, czy na Pomorze, jak mamy tak blisko fajne
rzeczki - pomyślałem sobie. Wystarczy zachęcić Adama do przeszukania swojego
sąsiedztwa. Toż przepłynął w tym roku przełomem Lubrzanki.
W trakcie rozmów okazało się, że głównym obszarem zainteresowań Grzechotnika
nie są żadne kanadyjki, tylko jazda konna, taka męska, terenowa, gdzie
koń reaguje na ruch głową jeźdźca. Pobierał nauki u egzotycznych mistrzów,
nawet z Mongolii. Muszę przyznać, że zaimponował mi tą swoją pasją.
Na znacznie większym zbiorniku Rejowskim gubimy Adama, prowadzącego ważną
konferencję telefoniczną. Przypomniałem sobie, jak podczas zimowej Brdy,
Marcin wychodził z trudnej sytuacji, tłumacząc klientowi, że właśnie prowadzi
zajęcia outdoorowe.
Poniżej zbiornika tragedia. Wody jak na lekarstwo, a na dodatek pełno
ostrych kamieni. Wodujemy dopiero jakieś 300m za upustem. Na szczęście
po połączeniu z drugim kanałem wody jest dosyć. Szybko dopływamy do Kamiennej
i Adam, sprawdzając zegarek, zaczyna wspominać coś o przerwaniu spływu.
Widząc szybki, uregulowany odcinek rzeki przed nami i mając w głowie skomplikowany
dojazd do Marcinkowa, przekonuję kolegów, żeby chwycić za wiosła i płynąć
do mety, bo czasowo wyjdzie na to samo.
Toż zostało nam tylko jakieś 13 km, co można machnąć w jakąś godzinę i
40 minut, przekonuję. Nie oponują.
Jednocześnie przypominam sobie sytuację z uroczystością rodzinną dwójki
uczestników spływu górną Jeziorką. Byli umówieni w Otwocku na 16.00, a
spływ zakończyliśmy o 19.00. Ciekawe, jak to dzisiaj wypadnie?
Ja, już dawno przestałem łączyć jakiekolwiek imprezy towarzyskie z eksploracją.
Płyniemy szybko tym kanałem, od czasu do czasu, szorując ostro po kamienistych
prożko-bystrzach.
Po kilku kilometrach miła niespodzianką, Kamienna ma normalne, kręte koryto,
z drzewami na brzegach i normalnymi, umiarkowanej trudności przeszkodami.
Rzeka ograniczona początkowo wysokimi brzegami, rozszerza się w szeroką
aleję doprowadzającą do zapory młyna przekształconego w MEW. Przepięknie
wyglądają odbicia nadbrzeżnych drzew w niezmąconej wodzie rozlewisk. I
ta wszechobecna od rana świeża zieleń.
Poniżej przeważa łąkowe otoczenie rzeki. Następny, nieczynny młyn. Później
jakieś zawaliskowe progi, od czasu do czasu bystrza i przemiały. Naprawdę
fajny, urozmaicony odcinek.
Śmiało można polecić Kamienną. Oglądałem w ubiegłym roku rzekę w rejonie
Bałtowa. Też wygląda ciekawie. Czemu ta Kamienna nie jest uznanym szlakiem?
Widzę tutaj trochę pracy dla Adama. W końcu to jego region.
W Marcinkowie zebraliśmy się coś koło godziny 19.00.
Nie poruszałem z Adamem drażliwych tematów, ale najwyraźniej zdążył przynajmniej
na desery, bo następnego dnia pomierzył trasę (28 km, 8 godzin), znalazł
nazwę Osielca przesłał link do zdjęć i napisał:
Ja jestem w każdym bądź razie zadowolony z płynięcia. Rozmawiałem dziś
z Grzechotnikiem i też nie narzekał :-). Nawet rozmawialiśmy już o kolejnych
tematach - m.in. Czarnej Staszowskiej.
Krótko mówiąc, zaskoczył.
Na bazie 50 Rajdu Świętokrzyskiego w Niekłaniu Kałużach zdążyłem na ognisko.
Śpiewaliśmy stosunkowo krótko, tylko do 1 po północy, ale rano dalsza
część programu turystycznego.
Widząc szykujące się opóźnienie w starcie, obfotografowałem pobliski rezerwat
skalny, pożegnałem trasę rowerową i wymieniłem linki z koleżanką mieszkającą
od lat we Francji (zobacz
link).
Blisko południa wyjechaliśmy w kierunku Krasnej.
Michał wymyślił, żeby wystartować z bagnistego odcinka koło miejscowości
Luta. Mimo wytężania wzroku z wieży widokowej, nie byliśmy w stanie dostrzec
koryta rzeki. Zrezygnowani wystartowaliśmy we dwóch z mostu w miejscowości
Krasna, umawiając się za 4 godziny z pasażerkami Michałowego samochodu
na moście w Starej Wsi, tuż przed ujściem do Czarnej Koneckiej. A była
już 12.30.
Rzeka na początku zauroczyła nas naturalnymi zaporami zbudowanymi solidarnie,
na bagnistych rozlewiskach, przez bobry i wiosenną wysoką wodę. Było fajnie,
do czasu, kiedy w rzece pojawiły się prawdziwe zwałki, bardziej uciążliwe
niż na Kamionce i to rozrzucone średnio, co 300 metrów. Po dwóch godzinach
płynięcia, oceniłem, że przepłynęliśmy ze cztery kilometry, czyli około
połowy odcinka do pierwszego mostu, koło Błotnicy. Michał widząc, co się
dzieje, nerwowo szukał punktu, z którego mógłby zadzwonić do kolegów po
pomoc. Wypatrzył ambonę i z niej wysłał SMS-a, do naszego przyjaciela
Mirka, by odebrał nas w połowie planowanej trasy.
Początkowo wydawało się, ze będzie lepiej. Chwilowo zwałek było mniej,
natomiast rzeka nabrała wyraźnego spadku i pojawiły się płytkie przemiały.
Walczyłem stylowo, nie wysiadając z kajaka, ale ostatecznie spasowałem
i oszczędzając Diablo, przeciągałem go po płyciznach.
Następnie do płycizn i przemiałów doszły znowu regularne, solidne zwałki.
Walczyliśmy tak ponad dwie godziny od wysłania sygnału SOS do Mirka, aż
usłyszeliśmy jakieś okrzyki.
To Mirek z żoną Anią, byli nieco zdenerwowani ponad dwugodzinnym oczekiwaniem
na nasze przybycie.
Byli umówieni na godz. 15.00 na obiad u rodziców Mirka w Kielcach, a my
dopłynęliśmy o 17.10.
Z rozmowy z Adamem wynikło, że on płynął 3 godziny nie dojścia, a do >naszego
mostu< i to wcześniej. Po drodze widzieliśmy ślady fali powodziowej:
duże drzwi i opony traktorowe, wszystko w środku lasu, z dala od siedzib
ludzkich.
Podsumowując: Michał zaczął coś opowiadać o kupnie kajaka zwałkowego,
zaś ja zamierzam zwrócić większą uwagę na rzeki Kielecczyzny. Ba, wspólnie
z Adamem, wypatrzyliśmy już rzeczkę na hardcorowe, wiosenne szaleństwa.
Może nie jest to skala Potoku Nasiczniańskiego, ale powinna dostarczyć
wystarczającej dozy emocji.
Która rzeczka, to już nasza tajemnica do najbliższej wiosny.
Letman
|
|