Kostrzyń
25.11.2006 r.

Tradycyjnie, w piątek zadzwonił Wojtek (Partyzant) z ofertą wspólnego pływania. Tym razem proponował w sobotę całodzienną wycieczkę, a nie 3 godziny jak tydzień wcześniej.
Kolektywnie wybraliśmy rzekę Kostrzyń, dopływ Liwca. Wojtek płynął Kostrzyniem w latach 70-tych, ja kilka lat temu.
Typowa trasa to start pod mostem drogi do Siedlec i zakończenie w Wyszkowie nad Liwcem. Pamiętałem jednak, że Dino w swoim opisie szlaku wymieniał jakieś miejscowości zlokalizowane powyżej tego miejsca startowego.

Cieszyłem się na spotkanie z Wojtkiem, bo chciałem poznać jego opinię na temat naszego (KiM) kalendarza na rok 2007. W końcu był głównym Obiektem fotograficznym na obu moich zdjęciach, wybranych przez Piotra do kalendarza.
Żałuję tylko, że znikło z kalendarza moje zdjęcie pokazujące Kazika z Wojtkiem na wiślanej krze, ale trudno, sam byłem za oddaniem Piotrowi pełni władzy.
Tutaj odnosząc się do wyborów, muszę podkreślić, że KiM zachował się niezwykle demokratycznie. Najpierw wypowiedział się ogół członków grupy, ale ostatnie słowo należało do najbardziej zaawansowanego fotografika. Jednak w świecie zewnętrznym ta metoda nie ma szans na szersze stosowanie.
W każdym bądź razie, Wojtek był pełen zachwytu w swych komentarzach na temat kalendarza (http://www.comartin.pl/k).

W drodze na spływ, umówiliśmy się na stacji benzynowej przed Traktem Lubelskim, na której też umawiałem się przed poprzednim spływem.
Wtedy płynąłem z Mietkiem z TPLŁE, mieszkającym za stacją, w osiedlu zlokalizowanym na obrzeżu Mazowieckiego Parku Krajobrazowego. Mietka poznałem na spływie Gaują na Łotwie. Doktor medycyny, ekspert od chorób dziecięcych, bardzo sprawny kajakarz. Popłynął z nami kilka razy pod Warszawą i znikł. Pochłonęła go praca habilitacyjna, otwierająca mu drogę do następnych szczebli kariery zawodowej, być może jest już profesorem. Miło będzie czytać w życiorysie, może nawet przyszłego ministra zdrowia, informację: hobby - kajaki. Ciekawe, czy na jednym z pobliskich parkingów strzeżonych leży jeszcze żółty kajak Capri?
W tej okolicy mieszka również Antoni, mój speleoklubowy kolega, także członek TPLŁE oraz miłośnik owczarków podhalańskich. Nie zapomnę jak na Litwie płynął on kajakiem ze swoim psem, który siedział z pyskiem na wysokości oczu pana i przez całą podróż wpatrywał się w Antoniego.

W drodze do Wyszkowa przejeżdżaliśmy przez miejscowość Podsusze, gdzie naszą uwagę przyciągnął olbrzymi budynek, nie wiem czy to jeszcze gargamel, czy to już pałac? Eklektyczne elementy architektoniczne raczej stylowe, tylko plan zagospodarowania nie ten. Staw nie w osi, a w kącie i to w dodatku za wysokim wałem ziemnym. Ciekawe, czy ochroni przed komarami? No i ten zbiornik na gaz przed oficyną !
Nie rozumiem, jak do takiego zbeszczeszczenia polskiej wsi dopuścił Pan Marek Kwiatkowski, twórca skansenu w sąsiedniej miejscowości Sucha. Jedynym wytłumaczeniem może być to, że detale architektoniczne są kopią tych z Łazienek.

Stan wody Liwca w Wyszkowie wysoki, jak na tę porę roku. Na starcie koło wsi Bojmie równie wysoki, podobnie w Oleksinie i w Sosnowym. Decydujemy się na start obok wsi Sosnowe, bo dodaliśmy sobie z 5 kilometrów, i pamiętam ze spływu z Mietkiem, że przed Suchą rzeka jest mocno zarośnięta, natomiast ściemnia się już około godziny 16-tej, a jest już godzina 10-ta.
Odcinek do siedleckiej linii kolejowej to uregulowany kanał, w którym podziwiamy wyraźne odbicia bezlistnych już drzew.
Dopływając do mostu kolejowego, obserwujemy, wystający ponad drzewa, szczyt kościoła w Oleksinie, wkomponowany w ramy konstrukcji mostu. Dalej rzeka ma już naturalny charakter, mocno meandruje, jest trochę zwałek. Jeszcze jaz i przed mostem niszczejące budynki byłego zajazdu.
Tutaj zaczynałem swój pierwszy spływ Kostrzyniem, razem z KTK Polkolor, moim pierwszym, prawdziwym klubem kajakowym.
Za mostem drogowym, prawie nie ma przeszkód, więc rozpędzamy się i płyniemy równym tempem aż do jazu, koło Stuchocina. Skaczemy i płyniemy meandrami zarośniętymi krzakami, sięgającymi niemal do środka rzeki. Dobrze pamiętałem, choć te krzaki nie są takie straszne jak mi się wydawało, cóż nasze treningi robią swoje.

W trakcie płynięcia, Wojtek dopomina się o przygotowanie wyjazdu na rzeki Pomorza Zachodniego. Obiecuję na przyszłoroczną wiosnę, realizację wcześniejszych planów przygotowanych przy pomocy autochtonów Leszka i Andrzeja.

Po trzech godzinach wiosłowania zatrzymujemy się na prawym brzegu przed wsią Kopcie. Podziwiamy ładnie podświetlony słońcem kościół w Kopciach i kaplicę cmentarną. Mimo świecącego słońca, szybko robi się zimno, wieje przenikliwy wiatr.
Kostrzyń na dalszym odcinku płynie długimi prostymi odcinkami i szybko docieramy do jazu w Proszewie. Obnoszę jaz, nie mam zamiaru się moczyć - zrobiło się zimno, a na górze mam tylko golf. Pomny doświadczeń z Promnika, nie kombinuję.
Po dopłynięciu do Liwca okazuje się, że Kostrzyń niesie więcej wody niż Liwiec.
Do Węgrowa dopływamy gładko na godz. 15.00, pół godziny szybciej niż zakładaliśmy.
Jeszcze tylko przejazd po samochód do Sosnowego i powrót do Warszawy.
Na miejscu dowiadujemy się, że wysoki poziom wody w Kostrzyniu zawdzięczamy spustowi wody z pobliskich stawów rybnych.
Udana była ta wycieczka.

Letman