W ubiegłym roku Wojtek wymyślił Rybnicę, teraz koniecznie chciał pojechać na Mołtawę, niewielką rzeczkę Mazowsza Płockiego wpadającą do Wisły w Kępie Polskiej, płynącą przez kilka ostatnich kilometrów w głębokim parowie.
Wyruszyliśmy w ostatnią sobotę i start zaplanowaliśmy w miejscowości Bodzanów, położonej 15 km przed ujściem.
Wprawdzie powyżej mostu z kratownic, naszego miejsca startu, widoczne były jakieś kilkusetmetrowe kanały zakończone zastawkami, ale poniżej tego mostu wody było jak na lekarstwo. Lokalni rozmówcy ocenili stan wody na niski, choć powiedzieli, że w trakcie wiosennych powodzi woda sięga 1,5 metra wyżej, aż do stalowej konstrukcji mostu.
Łudząc się, że woda płyciutkiego rozlewiska będzie, w dalszej części wąskiego koryta, wystarczająco głęboka, ruszyliśmy do przodu. Po kilkudziesięciu metrach okazało się, że rzeczka ma wyraźny spadek z dużą ilością płytkich żwirowych przemiałów, które hamując kajaki, konsekwentnie wybijały nam z głowy nadzieję na dopłynięcie tego dnia do Kępy Polskiej. Po przepłynięciu w ciągu 40 minut najwyżej jednego kilometra, podjęliśmy męską decyzję: przewozimy kajaki w dół rzeki.
Odcinek ten oceniam na bardziej uciążliwy od rzeki Sony (dopływu Wkry).
Muszę tutaj przyznać, że wyruszyliśmy z Warszawy dosyć późno, bo Wojtek do godz. 11.00 egzaminował studentów.
Gospodyni nadrzecznego domu doradziła nam wystartować w Cieślach, mniej więcej w połowie drogi do ujścia.
Czekając na przyjazd Wojtka z samochodem, dowiedziałem się od wnuczka, że w Bodzanowie jest kawiarenka internetowa, siłownia i boisko piłkarskie ze sztuczną trawą. Najwyraźniej wieś stara się nawiązać do roli lokalnego centrum, było, nie było miasta przez pięć wieków.
Na jeszcze jedną rzecz zwróciliśmy uwagę. Woda w Mołtawie jest krystalicznie czysta.

Ostatecznie wystartowaliśmy z mostu pomiędzy miejscowościami Reczyn i Miszewo Murowane.
Mołtawa płynie tutaj w imponującym parowie, z wyraźnymi wychodniami kamiennymi w dnie rzeki. Spadek ma znacznie większy niż w okolicach Bodzanowa. Wystartowaliśmy klasycznie, nawet z fartuchami, by szybciutko zmienić styl podróżowania na zmodyfikowany sit-on-top. Jednym słowem pupa w kajaku, nogi na wierzchu, aby szybko wysiadać na przemiałach i mieliznach. Ciągnąć kajaka nie było sensu, bo zazwyczaj za płyciznami i przeszkodami w nurcie rzeki były głębokie dołki. Na dodatek ni to przemiały, ni to prożki oraz zwalone w poprzek drzewa.
Nadbrzeżne wzgórza były porośnięte pięknym lasem świerkowym, z którego w pewnym momencie wyskoczyła sarna, w drodze na drugi brzeg. Natomiast zupełnie niżej demonstracyjnie zlustrował nas spory bóbr. Wiadomo, trzeba obejrzeć tego, co porywa się na opisywanie bobrzej pracy.

Środkowy odcinek przełomu w świerkowym lesie, to już prawdziwa rzeka górska. Duży spadek na krótkim odcinku, z dna sterczy duża ilość kamieni, a nawet głazów. No i oczywiście prożki oraz zwałki.. Tego się naprawdę nie spodziewaliśmy. Po co jeździć na wodę śniegową w Bieszczady, kiedy mamy coś takiego pod nosem. Szkoda tylko, że zdjęcia nie oddają w pełni tego górskiego klimatu.

Poniżej wsi Cieśle nie ma już wysokich wzgórz, choć Motława ciągle płynie utrzymuje wyraźny spadek oraz płynie w głębokim i wąskim korycie, od czasu do czasu przegrodzonym solidnymi zwałkami. Niektóre z nich to zwalone skośnie do nurtu drzewa, wyłączające z pływania kilkumetrowe odcinki nurtu. Ciekawie tutaj musi być wiosną. Już czuję tę męską zabawę.
Ostatni kilometr przed Kępą Polską kapituluję. Biorę kajak w rękę i dociągam do mostu. Zdążyliśmy przed zmrokiem. Na pewno wrócimy tutaj wiosną.
Za dwa tygodnie będę płynął do Kępy Polskiej trochę inaczej, Bzurą i Wisłą. Ponieważ jest to spływ zorganizowany, Wojtkowi nie wypada płynąć ze mną inaczej niż jako walet.

Letman