| Pomorze Zachodnie Na wyprawę, której głównym celem było spłynięcie dopływów Parsęty, wybieraliśmy się od dwóch lat. Dopiero tegoroczny długi majowy weekend ułatwił zorganizowanie tego wyjazdu. Licząca 132 km długości Parsęta jest najdłuższą rzeką Przymorza. Rzeka wypływa ze wzgórz Pojezierza Drawskiego niedaleko Szczecinka i do Białogardu ma charakter naturalny. Do morza wpada w Kołobrzegu. Wskaźnik jej krętości wynosi 1,55, zaś spadek w jej górnym odcinku dochodzi do 3 promili. Parsęta posiada największy na Pomorzu wolny nurt rzeki, bez przeszkód hydrotechnicznych, mający długość ok. 65 km. Nas interesowały: Pokrzywnica, Dębnica i Radew, a właściwie Chociel, jej dopływ o średnim spadku wynoszącym 4 promile. Do programu włączyliśmy także Piławę oraz Mień, prawobrzeżny dopływ Wisły w okolicach Nieszawy. Grupa składała się z ośmiu osób: Ani i Krzysztofa, Iwonki i Piotra, Oli i Krzysztofa oraz Wojtka (seniora) i mnie. Miejsce zbiórki grupy ustaliliśmy w Nadarzycach, zakładając dwudniową rozgrzewkę na Piławie. Pierwszego dnia, w sobotę 28 kwietnia spłynęliśmy z Liszkowa do Szwecji. Odcinek do Nadarzyc to ciąg jeziorek przedzielonych krótkim odcinkiem nieco zawalonej leśnej rzeki. Dzięki prawdziwie letniemu słońcu, podziwialiśmy w niezmąconej wodzie odbicia nadbrzeżnych drzew. Rozleniwiło nas to trochę, zwłaszcza, że na szlaku nie było żadnych turystów. Odcinek z Nadarzyc do Szwecji, mimo płycizn pojawiających się na początkowej części odcinka, popłynęliśmy o godzinę szybciej. Rzeka tutaj ładnie meandruje, ma wyraźny spadek i nieliczne zwałki. Trasa drugiego dnia nie była już tak szybka. Grupy kajakarzy po drodze, prawdziwe przeszkody, no i pełen 8 - osobowy skład zespołu na wodzie, wpłynęły na spowolnienie tempa przemieszczania się. Plusem było to, że tutaj, to już była prawdziwa rzeka i rozruszaliśmy mięśnie przydatne podczas pokonywania zwałek zaplanowanych w następnych dniach. Spływ zakończyliśmy już na Gwdzie w Dobrzycy, robiąc przenoskę przez teren elektrowni, po czym szybko przemieściliśmy się na docelową kwaterę pani Emilli Dziuba w Storkowie nad Parsętą. W poniedziałek już poważne plany, czyli spływ Perznicą i Parsętą. Wprawdzie tylko 13 km z Grzmiącej do Krosina, ale sugerowany czas przepłynięcia to, według zapisków, 5 albo 8 godzin. Płyniemy całym 8-osobowym zespołem. Zakładamy, że zdążymy na emisję reportażu "Zwałka" o członkach naszej grupy, emitowanego w TVP Polonia o godz. 18.42. Początek był łatwy, długie, proste, uregulowane odcinki; później po wpłynięciu w las, zaczęło się trochę przeszkód, aż zrobiło się całkiem uciążliwie. Dużo, położonych w niewielkich odległościach zwałek, często wymagających wspinania się na wysokie i wąskie przeszkody. Kilka razy liczyliśmy, że już dopływamy do szerszej Parsęty, a tymczasem dalej były co najwyżej jeszcze większe zwałki. Podziwiałem te nasze dziewczyny (Ania, Iwonka i Ola), walczyły równo, nie pozostając z tyłu za mężami, nawet na superzwałce klasy pierwszej, z którą sam zmagałem się z kwadrans. We wtorek ochłodziło się, płynęliśmy w składzie męskim, więc i męskie pływanie. Dębnicą i Parsęta, z Ogartowa do miejscowości Tychówko. Z początku normalna ilość zwałek i skala trudności normalna, gdzieś w połowie odcinka Dębnicy oddech, nowe uregulowane koryto, dostosowane do topografii budowanych właśnie stawów hodowlanych. Niżej już trudniej, oprócz zwałek są łozy. Przedramiona po bliskim kontakcie z łozami, kuruję do dzisiaj. Były tam też elementy miłe - urokliwe rozlewisko z wysepkami obudowanymi korzeniami rosnących na nich drzew, no i oczywiście klasowe zwałki. Doszły też nowe miary, do ujścia Dębnicy (według wędkarzy) 3 km, niezależnie od miejsca pomiaru, zaś do mostu na Parsęcie 5 zakrętów. Na koniec, przed metą, zwałka na całej szerokiej rzece, z emocjonującym (dla mnie) przejściem środkiem nurtu. Na mecie w barze właściciel, widząc nasz stan termiczny, błyskawicznie rozgrzał piwo w mikrofali i mogliśmy wracać. Mimo, że staraliśmy się płynąć szybko, na mecie byliśmy 45 minut za Piotrem. Ten to ma zdrowie! Środa znowu słoneczna, więc nie dało się uciec od odpoczynku. Mieszkający z nami wędkarze podpowiadają Parsęta z Tychówka do Białogardu. Wprawdzie Andrzej (pomorski) coś tam opowiadał o 40 minutach płynięcia tego odcinka, ale pewnie nie wie co to jest 1,5 godzinny popas. Rzeka szeroka, zwałki przyjazne, niebo bezchmurne, miłe towarzystwo, dobre desery. I jak tu zdobyć się na większy wysiłek? W czwartek, za sugestią wędkarza ze stopniem naukowym z ichtiologii, zamieniamy krzaki na zwałki, czyli Chotlę na Chociel i startujemy spod znanej nam elektrowni wodnej w Ubiedrzach, a właściwie już ekskluzywnego pensjonatu dla biznesmenów. Piątek to dzień Ani. Zostaje z nami jako jedyna kobieta, więc ma prawo wyboru. Skwapliwie pilnuję, by nie wybrała zbyt długiego odcinka, boć o 14.42 jest emisja naszego reportażu. Ania zachowuje się jak należy i wybiera Jezioro Wierzchowskie oraz odcinek Gwdy do Sporego. W sobotę wyjeżdżamy ze Storkowa o 7.40 i o godz. 12.30 meldujemy się w Brzeźnie koło Lipna. Wkrótce zjawia się Beata w towarzystwie Marka i Wojtka. Początek wygląda zwałkowo, ale dalej rzeka jest raczej przyjazna. Stosunkowo łatwe przeszkody umożliwiają utrzymanie dość dobrego tempa podróży. Zatrzymuje nas konieczność przeniesienia kajaków ze zbiornika koło leśniczówki Wąkole. Robimy popas, ciesząc się, że to już tylko 3 kilometrów do mety koło leśniczówki w Dzierzącce. Letman
|